Pierwszy raz nad Pacyfikiem- San Antonio

san_antonio

Ożywające kamienie, ogromne stada pelikanów, przeróżne gatunki ryb i wszechobecni rybacy-handlarze. Tak właśnie najkrócej opisałbym San Antonio.

Prosto z Santiago autobusem przedostaliśmy się do Llo Lleo (czytaj jo-jeo). Podróż trwała około 1,5 godziny, kosztowała 4800 Peso od osoby (około 30 zł). Jak widać na zdjęciu Chilijczycy również wyznają zasadę, że “bez gwiazdy nie ma jazdy”.

Wiedziałem, że Chile mimo, iż znajduje się daleko od Europy jest bardzo europejskie i bardzo różni się od reszty krajów Ameryki Południowej. W autobusie nie miałem już żadnych wątpliwości. Klima, wifi miła i elegancka obsługa- polscy przewoźnicy są daleeeko w tyle.san_antonio

Z autobusu odebrała nas nasza ekipa. Z góry zapowiedzieli, że nie ma czasu na odpoczynek, od razu ruszamy zwiedzać. Nic lepszego nie mogło mnie spotkać 🙂

Ruszyliśmy do San Antonio. Szybko dotarliśmy nad Pacyfik i od razu pierwszy szok. Kamienie ożywają! To foki, a tak naprawdę lwy morskie- ogromne, przedziwne stwory. Pierwszy raz je widziałem i do tego jeszcze na wolności.

san_antonio

san_antonio

w zasięgu wzroku mieliśmy dziesiątki lwów, większość była przyjazna, niektóre walczyły o miejsce i kawałki ryb rzucane przez rybaków. Kiedy zachwyt lwami się skończył zauważyłem kolejne stado- tym razem były to pelikany.

san_antonio

san_antonio

Na koniec najciekawsze. Bazar z rybami i owocami morza (oceanu) bezpośrednio przy porcie. W podróżach właśnie takie miejsca uwielbiam odwiedzać najbardziej. Czasem nieco brudne, niezbyt piękne, ale prawdziwe.

san_antonio

san_antonio

Zwróćcie uwagę na kalmary w lewym dolnym rogu zdjęcia. U nas kupujemy małe krążki, a tam kalmary wyglądają jak solidna porcja słoniny!

san_antonio

san_antonio

san_antonio

Jeszcze szybki rzut oka na łodzie zacumowane w porcie.

san_antonio

Na koniec wskoczyliśmy dosłownie na kilka minut na nadmorskie klify. Wiatr skutecznie nas niestety przegonił. Nie przeszkodził mi oczywiście w zrobieniu kilku zdjęć.

san_antonio

san_antonio

W kolejce czeka jeszcze kilkaset zdjęć z Chile, kilkaset z Włoch, podsumowanie 2015 roku i plany na 2016. Czasu ciągle mało, ale znów wracam do regularnego publikowania tekstów na blogu.

Może Ci się również spodoba